poniedziałek, 15 sierpnia 2011

O końcu świata... - część 1

Do tej pory byliśmy przekonani, że koniec świata należy postrzegać w sensie horyzontalnym np. wybierając się na wakacje w Bieszczady - najmniej zaludnione i zagospodarowane góry w Polsce. Po tegorocznych wakacjach nasze postrzeganie "end of the world" wzbogaciło się jednak o dodatkowy wymiar - wertykalny. Okazało się, że nie trzeba wybierać się na drugi koniec Polski pokonując 500 km żeby poczuć dzicz i odludzie. Wystarczy pojechać około 60 km na południe od Krakowa w Beskid Makowski do pewnej chaty - gdzie się wybraliśmy :)


Jak przystało na wertykalny koniec świata aby się do niego dostać trzeba pokonać najpierw drogę w górę. O trafieniu tam samemu podobno nie ma mowy. Nie znalazł się do tej pory żaden taki śmiałek. Dlatego w punkcie zbornym czyli sklepie "Groszek" w Krzczonowie spotykamy się z naszym przewodnikiem Tomkiem w Renault Kangoo. Nasze lekkie zaniepokojenie graniczące ze zdziwieniem, a wręcz rozbawieniem budzi stwierdzenie Tomka, że w związku z tym, iż nasze auto nie jest wybitnie terenowe więc lepiej będzie jak "w lesie pojedziecie jedynką"... hmmm... czy to Kangoo ma napęd na cztery koła czy mi się wydaje? I dlaczego jest tak ubłocone? To pewnie żart na rozgrzewkę ;) Po chwili ruszamy. Droga pnie się asfaltem stromo pod górę. Po jakimś czasie mijamy pierwszą wieś. To jeszcze nie tutaj? Zaczyna się serpentyna, kolejna wieś... to też nie tutaj?? ...i w pewnym momencie kończy się asfalt, a zaczynają się betonowe płyty pośrodku których płynie wartko strumyczek. Droga znika wśród podwórek wydawałoby się najwyżej położonych gospodarstw we wsi, skręca za drewnianą, zrębową stodołę i przechodzi w kamienistą leśną drogę, która pnie się coraz wyżej i wyżej...


Z początku jedzie się w miarę sielsko. Pośród pól i łąk. Momentami nawet na drugim biegu. Powoli ale spokojnie. Na horyzoncie, wysoko, gdzieś pod lasem widać jakieś domki... nieee... to jakieś złudzenie... chyba.... bo nasz przewodnik zasuwa dalej coraz głębiej w las jak gdyby nigdy nic... :)


Później, gdy droga wchodzi w gęsty las robi się coraz bardziej emocjonująco. Nigdy człowiek by nie pomyślał, że jazda na jedynce przez las autem osobowym na wysokość 735 m n.p.m. może być tak emocjonująca dopóki sam jej nie pokona :) Mijana po lewej stronie urwista skarpa niczym droga śmierci w Boliwii też robi wrażenie... aż w końcu po około 30 minutach jesteśmy! :) Ufff! Z każdym kolejnym dniem pokonując tą drogę w górę i w dół doszliśmy do takiej wprawy, że nawet mijanka z busem na zakręcie nad przepaścią nie robiła już na nas żadnego większego wrażenia ;)) Parking typu łąką posiada zdecydowanie najwspanialszy znany nam widok w Polsce wart każdej opłaty parkingowej :)



A tuż poniżej parkingu cel naszej podróży - fabryka aniołów :)


I zasłużone podziwianie widoków... :)

3 komentarze:

  1. Wow! Ekstremalnie.I pieknie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny opis, śmiałam się czytając go, oj aż mnie brzuch rozbolał, przypomniałam sobie siebie sprzed 12 laty, kiedy i mnie było dane pokonać tą drogę pierwszy raz, moje wrażenia były podobne..teraz pokonuje ją setki razy i jest ona dla mnie zwykłą drogą, po prostu drogą do domu. Buziaki takie pełne śmiechu i łez w oczach i czekam na kolejne posty, będę do Was zaglądała :)

    OdpowiedzUsuń