środa, 17 sierpnia 2011

O końcu świata... - część 4

W poprzednim poście wspomnieliśmy o Muzeum Wsi Orawskiej w Zubercu na Słowacji - "zajeb....ym skansenem" przez gawiedź potocznie zwanym (ok. 1,5-2h drogi od jolinkowa). To fakt. Potwierdzamy. Skansen jest... yhm... zajefajny. Będąc na końcu świata zwiedziliśmy również dwa skanseny po stronie polskiej (w Sidzinie i Zubrzycy). Musimy jednak przyznać, iż wartość wywartego przez nie wrażenia łącznie nie jest w stanie przebić tego co zobaczyliśmy i przeżyliśmy w skansenie w Zubercu. Spodziewaliśmy się paru chat na krzyż w otoczeniu przepięknej panoramy Tatr. Natomiast po przybyciu na miejsce zastaliśmy prawdziwą wieś orawską... zabrakło palców u stóp i rąk coby chałupy zliczyć :) Także w części 4 opowieści przedstawiamy Wam autorską galerię zdjęć chałupowych interiorów. Słowacy niezwykle dbają o wystrój prezentowanych wnętrz co przekłada się na to, iż w trakcie zwiedzania człowiek ma dziwne przeczucie, że przeniósł się w czasie, a mieszkańcy chałup na chwilę gdzieś wyszli... tu się suszą portki na piecu, na okiennym parapecie pościel wietrzy się w słońcu, a na stole chleb leży w koszyku...


wtorek, 16 sierpnia 2011

O końcu świata... - część 3

Pisaliśmy już o aspekcie wertykalnym końca świata, jak również o jego stronicowym dualiźmie. Teraz nadszedł czas na omówienie innej ale równie ciekawej kwestii, jaką jest fauna z jaką możemy się zetknąć tam bytując. Mimo, iż temat ten pojawia się dopiero w trzeciej części naszego cyklu wypada zaznaczyć, że ze względu na swą powagę powinien znaleźć się na pierwszym miejscu. Opisując tą kwestię naszym zamysłem było i jest ostrzeżenie każdego podróżnika, zbłąkanego wędrowca, trampera, marzyciela, itd. przed potencjalnymi zagrożeniami jakie się z tym tematem łączą na miejscu w interiorze - z beznadziejnym zakochaniem się włącznie. Naszą opowieść zaczniemy od tego, że jak Wam powszechnie wiadomo na końcu świata zawsze czają się dziwne stworzenia. Donosili o nich przeważnie żeglarze, którzy opowiadali jak podczas swoich wędrówek po nieznanych wodach napotykali te dziwy. Nie brakowało ich również na lądzie. My również te byty spotkaliśmy lądując na końcu świata i jego okolicy, a następnie za pomocą fotografii ku przestrodze je uwieczniliśmy i opisaliśmy:

"Dramatyczny kozioł" - stwór, którego można spotkać w Muzeum Wsi Orawskiej w Zubercu "zajeb... skansenem" potocznie wśród gawiedzi zwanym (kwestię skansenu w kolejnym poście z pewnością przybliżymy). Wzbudza żywe zainteresowanie wśród dzieci. Sam nie przejawia nimi żadnego zainteresowania. Doradzamy podziwiać krzywiznę rogów, nie karmić, nie wchodzić do jego zagrody...

"Motylek" - stworzenie licznie występujące na terenie Muzeum Wsi Orawskiej w Zubercu na Słowacji i tam uwiecznione. Zbytnie wpatrywanie się grozi barwopląsem i rozmarzeniem. Stwór fizycznie niegroźny. Zbytnie wpatrywanie się weń może spowodować stan rozmarzenia, zamyślenia i w skrajnych przypdkach nawet zagubieniem się w lesie w pogoni za upatrzonym osobnikiem. Doradzamy nie łapać, fotografować i jedynie obserwować do woli.

"Smok" - jedyny przedstawiciel swojego gatunku - występuje tylko i wyłącznie na bramie wejściowej do Zamku Orawskiego na Słowacji w postaci kołatki do bramy zamkowej. Można fotografować i macać. Nie pukać! I tak wpuszczają o określonych na bilecie godzinach...

"Alien" - również jedyny przedstawiciel swojego gatunku w ujęcie promieni nabijanych ćwiekami. Występujący na terenie Zamku Orawskiego na Słowacji. Próby pukania zakończone brakiem odzewu. Prawdopodobnie jest to ślepy zaułek w ewolucji kołatki...

"Upiór" - występuje na Zamku Orawskim w Słowacji. Ale mnie nastraszył... należy uważać na dzieci: mogą się rozbiec w niekontrolowanych kierunkach.

"Cielak syjamski" - występuje w gablocie na Zamku Orawskim w Słowacji. Wypchany :( Bez komentarza...

"Krowa" - samica bydła domowego, która jest głównym źródłem mleka. Należy do roślinożerców przeżuwających. Pokryta jest delikatnym meszkiem, którego plamy składają się na specyficzny wygląd zwierzęcia. Często spotykana na podjeździe na koniec świata...

"Słoninka" - wierna towarzyszka śniadań, nieodłączna towarzyszka spacerów, przewodnik, opiekun, chcieliśmy ją porwać...

"Smocyca" - nazwa mówi sama za siebie po uważnym przestudiowaniu zdjęcia. Występuje w chacie na końcu świata.

"Miś" - hmm... no dobra. Nie o misia tu chodziło ale o pokazanie znów Słoniny :)

"Anioł dyrektor" - częstość występowania aniołów w fabryce aniołów: częsta. Uwieczniony na zdjęciu największy z aniołów zapewne odgrywa rolę dyrektora fabryki aniołów. Występowanie wiadome: w chacie na końcu świata.

"Fiona" - ma charakter. Wiecznie zabiegana. Wiecznie gdzieś ganiająca. Uwielbia Piotrka. Najszybsze stworzenie na końcu świata :)

"Hrabianka" - koza karpacka. Śliczna :) Stworzenie zwinne, bystre, przewrotne, bywa uparte.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

O końcu świata... - część 2

Okazało się, że świat, na końcu którego się znaleźliśmy, posiada dwie strony: zewnętrzną i wewnętrzną. Strona zewnętrzna unaoczniła się nam w postaci pięknych widoków na pasmo Beskidów i Tatry w oddali - z tego końca świata widać było w dole jego początek :) Natomiast strona wewnętrzna, szczególnie po zmroku, zachwyciła nas swoim klimatem..

 








O końcu świata... - część 1

Do tej pory byliśmy przekonani, że koniec świata należy postrzegać w sensie horyzontalnym np. wybierając się na wakacje w Bieszczady - najmniej zaludnione i zagospodarowane góry w Polsce. Po tegorocznych wakacjach nasze postrzeganie "end of the world" wzbogaciło się jednak o dodatkowy wymiar - wertykalny. Okazało się, że nie trzeba wybierać się na drugi koniec Polski pokonując 500 km żeby poczuć dzicz i odludzie. Wystarczy pojechać około 60 km na południe od Krakowa w Beskid Makowski do pewnej chaty - gdzie się wybraliśmy :)


Jak przystało na wertykalny koniec świata aby się do niego dostać trzeba pokonać najpierw drogę w górę. O trafieniu tam samemu podobno nie ma mowy. Nie znalazł się do tej pory żaden taki śmiałek. Dlatego w punkcie zbornym czyli sklepie "Groszek" w Krzczonowie spotykamy się z naszym przewodnikiem Tomkiem w Renault Kangoo. Nasze lekkie zaniepokojenie graniczące ze zdziwieniem, a wręcz rozbawieniem budzi stwierdzenie Tomka, że w związku z tym, iż nasze auto nie jest wybitnie terenowe więc lepiej będzie jak "w lesie pojedziecie jedynką"... hmmm... czy to Kangoo ma napęd na cztery koła czy mi się wydaje? I dlaczego jest tak ubłocone? To pewnie żart na rozgrzewkę ;) Po chwili ruszamy. Droga pnie się asfaltem stromo pod górę. Po jakimś czasie mijamy pierwszą wieś. To jeszcze nie tutaj? Zaczyna się serpentyna, kolejna wieś... to też nie tutaj?? ...i w pewnym momencie kończy się asfalt, a zaczynają się betonowe płyty pośrodku których płynie wartko strumyczek. Droga znika wśród podwórek wydawałoby się najwyżej położonych gospodarstw we wsi, skręca za drewnianą, zrębową stodołę i przechodzi w kamienistą leśną drogę, która pnie się coraz wyżej i wyżej...


Z początku jedzie się w miarę sielsko. Pośród pól i łąk. Momentami nawet na drugim biegu. Powoli ale spokojnie. Na horyzoncie, wysoko, gdzieś pod lasem widać jakieś domki... nieee... to jakieś złudzenie... chyba.... bo nasz przewodnik zasuwa dalej coraz głębiej w las jak gdyby nigdy nic... :)


Później, gdy droga wchodzi w gęsty las robi się coraz bardziej emocjonująco. Nigdy człowiek by nie pomyślał, że jazda na jedynce przez las autem osobowym na wysokość 735 m n.p.m. może być tak emocjonująca dopóki sam jej nie pokona :) Mijana po lewej stronie urwista skarpa niczym droga śmierci w Boliwii też robi wrażenie... aż w końcu po około 30 minutach jesteśmy! :) Ufff! Z każdym kolejnym dniem pokonując tą drogę w górę i w dół doszliśmy do takiej wprawy, że nawet mijanka z busem na zakręcie nad przepaścią nie robiła już na nas żadnego większego wrażenia ;)) Parking typu łąką posiada zdecydowanie najwspanialszy znany nam widok w Polsce wart każdej opłaty parkingowej :)



A tuż poniżej parkingu cel naszej podróży - fabryka aniołów :)


I zasłużone podziwianie widoków... :)